Marzę…

Zwykły wpis

Burżujsko marzy mi się gosposia. Na pełen etat. Posprząta. Pozmywa – raz dziennie, a nie dorywczo raz w tygodniu. Domyje listwy przypodłogowe. Wytrze kurze na i pod szafkami. Wyprasuje koszule męża i falbaniaste sukieneczki M. Wywabi plamy, bo mydło z Biedronki, które podobno wywabia wszystko, nawet starą plamę po soku marchwiowym, będzie w sferze jej zainteresowań i orbicie jej możliwości manualnych. Poskłada: kocyki, narzutki, koszule i koszulki walające się na widoku. Zrobi zakupy na pobliskim ryneczku od lokalnych quasi-rolników i ugotuje obiad: dwudaniowy, warzywno-mięsny. I jeszcze przypilnuje dziecka. To ostatnie tak mimochodem trochę, bo wiadomo, że kobiety są wielofunkcyjne i multizadaniowe. W chwilach desperacji, kiedy mam wrażenie, że materia mieszkania ożywa i rzuca mi kolejne kłody pod nogi, układam dla niej nawet harmonogram prac: w poniedziałek gotowanie, we wtorek mycie podłóg, w środę prasowanie…

Bałagan w domu nakłania mnie też często do refleksji nad losem współczesnych kobiet, którym edukacja dała więcej złego niż dobrego. Dała dodatkowy etat. Bo prawda jest jednak trochę inna niż nam się powszechnie wmawia – otóż, nie wierzę, że kiedyś kobiety siłą więziono w domach i odmawiano wykształcenia, żeby podporządkować je mężczyznom. Myślę, że były to przemyślane strategie społeczne zapewniające przetrwanie. Mówiąc krótko: dom obrobić ktoś musi. No, nie ma bata. Nawet jeżeli wszyscy posiadamy pralkę to ubrania się same do niej nie włożą i nie wyjmą. Nawet jeżeli zrezygnujemy z prasowania (ja chętnie!) to same też się nie włożą na półkę, nie odplamią, nie zaszyją. Jeżeli (obecnie już chyba dość powszechnie) zrezygnujemy z cerowania na rzecz wyrzucania skarpetek z dziurą i zakupu nowych. Nawet zakupów przez internet, to jednak  zajmują one czas.

Tak, ogarnianie domu zabiera cholernie dużo czasu. Nie mówię o odpałach w rodzaju Perfekcyjnej Pani Domu, mówię o miejscu, gdzie jest na tyle czysto i schludnie, że ludzie czują się dobrze, miło, bezpiecznie.

No, więc ludzie pierwotni, jeszcze w XX w. rozumieli, że domem ktoś musi się zająć. Wybór nie był oszałamiająco duży: mężczyzna albo kobieta. Jeżeli kryterium wyboru miał być poziom trudności zadań, ich czasochłonność i skomplikowanie to, nie oszukujmy się, po odpowiednim przeszkoleniu w latach szczenięcych, domem może zając się każdy. Tu dyskryminacji nie ma żadnej, ani ze względu na płeć, ani wiek, ani poglądy polityczne. Dlaczego zatem padło na kobiety?

Cóż, przypomnijmy sobie, że jeszcze do niedawna celem życia nie był zakup nowego iPhona 6, ani wyjazd na Baleary tylko przetrwanie. Przeżycie do następnej wiosny. Zdobycie takiej ilości zasobów, żeby nie umrzeć z głodu. Dlatego byt należało oprzeć na kimś, kto będzie stale i niezmiennie, rzetelnie i bez przerw dostarczał zasobów w postaci pieniędzy bądź jedzenia. Kimś takim nie mogła być kobieta, bo kobieta zachodziła w ciążę. A jak się jest w ciąży to spada produktywność, rośnie zmęczenie, dzieją się wypadki, kiedy leżeć trzeba i nie wstawać, a to nie wróży dobrze na nadchodzącą zimę. Końcówka ciąży i połóg to w ogóle jest okres kiedy drew się nie da rąbać, ani kartofli kopać. Ani jeździć na okoliczny targ. A ubezpieczenie społeczne (w tym chorobowe) to instytucja, której nie stuknęła nawet setka jeszcze. Więc rolę żywiciela rodziny musiał przejąć mężczyzna. Tym bardziej, że opieka nad potomstwem należała do kobiety nie dlatego, że mężczyźni nie potrafią zajmować się dziećmi, tylko dlatego, że istniał tylko jeden sposób żywienia noworodków: mleko matki. Jeżeli matka należała do nieszczęsnych 3% populacji, które mają problemy z laktacją i nie było ją stać na mamkę, to dziecko umierało. Koniec, kropka.

Tymczasem, dzięki „cywilizacji” i postępowi mamy i pigułkę antykoncepcyjną i mleko w proszku (obecnie zwane modyfikowanym) i sprzęt AGD, który ułatwia, ale nie wyręcza (!), zajmowanie się domem i wreszcie, świetną edukację dla kobiet. Tylko po co? Gdybym nie kończyła tych wszystkich kursów, szkoleń i uniwersytetów zapewne nie tylko umiałabym prasować falbanki i przyrządzać kruchą wołowinę, ale też nie byłoby mi przykro, że myję muszlę klozetową zamiast pisać artykuł o Państwie Islamskim.

 M gotuje

Reklamy

Raport z oblężonego żłobka

Zwykły wpis

Dzień pierwszy:

Cudem udaje nam się dojechać na 9:00. Przekraczamy progi grupy drugiej, średniej. M iskrzą się oczy – ile zabawek! Ile dzieci! Całe dwie godziny hiperaktywna M poświęca na bieganie po sali, wyciąganie pudeł z klockami, rozwalanie ich na dywanie i rzucanie się do „basenu” pełnego piłeczek. Mam wrażenie, że traktuje żłobek jak plac zabaw. Na jadalni M co trzy sekundy zmienia miejsce – wiadomo, trzeba sprawdzić czy na jakimś z dwudziestu jednakowych, drewnianych krzesełek nie siedzi się aby lepiej.

Cóż, za dużo bodźców. Ale perspektywy świetlane.

Dzień drugi:

Nie udaje nam się dojechać na 9:00. Ulica Przybyszewskiego stoi, trasa W-Z przestała istnieć, jedziemy ogromnym objazdem. Wpadam dobre 15 minut po wyznaczonym przez panią dyrektor czasie przyprowadzania M. Czas ten jest podobno ważny, bo dzieci albo jedzą, albo szykują się do jedzenia, albo coś tam równie ważnego i przyprowadzanie według własnego widzimisię wzbudziłoby  chaos i trzęsienie ziemi w uporządkowanym harmonogramie dnia. Po chwili dzieci zabierane są na jedzenie do sali obok. M idzie chętnie, bo jeść lubi, a samodzielne picie z kubka jest taaakie fascynujące! Inne dzieci jednak ryczą, łkają i zawodzą. Jak nie trudno się domyślić, po 10 minutach M. ryczy razem z nimi. Wychodzi zapłakana i nie ma opcji żeby została na obiad.

Ja się nie wtrącam do metod pań-opiekunek, to nie ja będę zostawać 8 godzin z zasmarkanymi bachorkami sztuk 12, ale mam wrażenie, że wywołano w dzieciach asocjację: jadalnia = straszne miejsce tortur małoletnich.

Żłobek

Dzień trzeci:

Wyszliśmy 20min. później niż ostatnim razem, a i tak dojeżdżamy w okolicach 9:00. Po pół godzinie muszę zostawić M na pastwę pań. Dziś jestem pół-wyrodna i w drodze do pracy jednak trochę popłakuję. W porze obiadu wyczekujemy pod salą. Ryk dzieci słychać już z ulicy. Nie włączam się do dyskusji matek na temat ilości puszek mleka modyfikowanego, jakie dziecko zjada miesięcznie oraz smaku danonków. Nie bardzo wiem, o czym rozmawiają.

Dzień czwarty:

M już wie, co się święci i wcale nie ma zamiaru mnie puścić. Jako matka wyrodna i nieczuła, zostawiam ją płaczącą. Po ponad dwóch godzinach przyjmuję raport od pani opiekunki, że M, owszem popłakiwała trochę, ale jako jedyna z „nowych” zjadła cały obiad. Wiadomo, jaka matka, taka córka, a jedzenia nigdy dość.

Pozostałe matki nie mogą ukryć zdziwienia, że termin „elastyczne godziny pracy” ma faktyczne zastosowanie w miejscu, gdzie pracuję.

Przyszły tydzień zapowiada się rozwojowo – M będzie leżakować.

Żłobek

Zrób to za mnie!

Zwykły wpis

Nie chce mi się. Często i wielu rzeczy. Ale. Pewne rzeczy zrobić trzeba, a nawet chce się, żeby się odbyły, tylko niekoniecznie przy moim współudziale i mojej sile sprawczej. Tzn. jaśniej precyzując myśli: niech ktoś to zrobi za mnie i ochrzci M. Tzn. precyzując dalej: wiem, że technicznie chrzci ksiądz, chodzi mi więc o to, żeby ktoś poszedł i pozałatwiał, umówił się, ustalił, zapłacił, wypełnił dokumenty, pozanosił zaproszenia, przygotował strój odpowiedni na tę okazję, dla M i dla nas, zadbał o catering i imprezę po, przygotował listę gości…Bo w samej uroczystości chętnie wezmę udział osobiście.

Tymczasem mnożą się przeszkody natury światopoglądowej, czas ucieka, lato mija, Rodzicielka słusznie uważa, że zginiemy marnie, a może nawet pójdziemy się smażyć w otchłaniach piekielnych…Nic nie da się prosto i od razu, nie mamy wojny i stanu wyższej konieczności. Nie mamy też ślubu kościelnego, co jest przeszkodzą nie do przebrnięcia – najpierw ślub, później chrzest. Rzekłabym „no, spoko”, ale „spoko” nie jest, bo papierologia mnie przytłacza. Za to Najlepszego Męża nie przytłacza w ogóle, bo on we wszystkich uroczystościach bierze udział grzecznościowo. A skoro grzecznościowo, no to sama rozumiem, że on w takich okolicznościach nie może brać odpowiedzialności za zlokalizowanie swojego aktu chrztu, ani tym bardziej mojego bierzmowania. Więc namierzyć, zadzwonić i wyprosić muszę ja. A mnie się samej nie chce…

Boże, a trzeba było zostać ateistką.

Badania terenowe

Zwykły wpis

Przeprowadziwszy poważne badania terenowe na pobliskim wielofunkcyjnym placu zabaw w dniach 20-31 lipca b.r. na reprezentatywnej grupie maluchów w wieku od 15 do 25 miesięcy (pomiar nieścisły) doszłam do wstrząsających wniosków. Ale zanim o nich, należy przedstawić kategorie badawcze. A obejmowały one następujące aspekty:

– zdolności pschomotoryczne (wysokie)

– ilość zjadanego żwiru (stężenie powyżej normy)

– samodzielność w pokonywaniu przeszkód (najwyższa wśród badanej grupy wiekowej)

– ilość siniaków, zadrapań i otarć (nieznacznie powyżej przeciętnej)

– ślepy pęd w kierunku wirującej karuzeli (najwyższy nie tylko w grupie wiekowej, ale w ogóle na całym placu zabaw)

– chęć nawiązywania przyjaznych kontaktów z rówieśnikami (w normie – nasilona tendencja do pokazywania innym, gdzie mają nosy, oczy i uszy).

Do tego cechy indywidualne: sylwetka wyraźnie krępa oraz chód, którego żaden zawodowy piłkarz by się nie powstydził.

Wniosków z tak przeprowadzonego badania jest pozornie wiele, ale są one oczywiste nawet dla laika: M rozwija się świetnie, z równowagą u niej dobrze, chętnie się uczy, jest towarzyska… Natomiast wstrząsający wniosek jest jeden, za to niepodważalny i weryfikowalny: M jest chłopczycą. Koniec. Kropka.

P.S. Chyba z tej okazji pomaluję sobie paznokcie.  A nie, nie mam lakieru.

M na placu zabaw2

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Marianka + cyc = Wielka Nieskończona Miłość

Zwykły wpis

O czym ja w ogóle marzę? Jakie odstawienie? Bóg mnie opuścił chyba na dobre. Czego ja się w ogóle spodziewam? Że powiem: „Marianko, dziś się odstawiamy, nie będziesz już więcej cycać.” I co? I Marianka przemówi ludzkim głosem i z troską odpowie: „Dobrze, mamo, w ogóle nie ma problemu, jak cycanie już Cię nie bawi, to ja M, twoja córka osobista, nie chcę Ci sprawiać przykrości i właśnie się samoodstawię. A teraz idę się pobawić do drugiego pokoju. To nara.” Tego się spodziewam?

M jest uzależniona i to poważnie. Może nie jeść w dzień, owszem, nawet i 12 godzin może nie ssać, ale jak tylko mnie zobaczy, albo precyzyjniej, zobaczy mój biust to popada w taki entuzjazm, tak się cieszy, śmieje, skacze i macha rączkami, że nawet student pierwszego roku medycyny rozpozna kliniczne objawy uzależnienia. Więc ssie. Wieczorem, przed snem. I w nocy też ssie. A jeżeli akurat śpi mocno to ssie nad ranem. No, chyba nikt się nie spodziewa, że będę odstawiała wrzeszczące dziecko o czwartej nad ranem?! Halo? O czwartej? A później ssie do rana i wszyscy wiemy, że nie chodzi o mleko, tylko chodzi o cyca. A skąd wszyscy wiemy? Ja wiem, bo czuję, że nic nie wypływa z nadwerężonej ssaniem piersi, a czytelnicy wiedzą, bo głupi nie są i oglądali Grę o tron i zaczynają słusznie podejrzewać, że skończę jak Lysa Arryn….Zapytam więc dramatycznie: Co, do cholery, zrobić?

Wszelkie rady i sugestie mile widziane. Metod przemocowych nie stosuję.

Póki co.

 photo1